W KRAINIE SKUTEREM I RYŻEM PŁYNĄCEJ, czyli Wietnam

Zaraz po przylocie na lotnisko w Ha Noi, ustawiliśmy się w kolejce po wizy. Wręczyliśmy celnikowi nasze paszporty, 2 zdjęcia, wypełnione wnioski wizowe oraz promesy, które załatwiliśmy wcześniej za pośrednictwem portalu aina.pl. Niestety system „rozpatrywania” wniosków nie działa tak, jak można by się tego spodziewać, czyli jak-stałeś-w-kolejce-tak-dostaniesz-wizę. Osoby, które w kolejce stały daleko za nami, dostały wizy szybciej od nas. My czekaliśmy godzinę. Jak tylko na ekranie pojawiły się nasze nazwiska, popędziliśmy zapłacić po 50 $ (płatność tylko gotówką) i pobiegliśmy szukać naszych plecaków, które do odbioru były już w biurze rzeczy zaginionych.

Taksówka zatrzymała się w miejscu, które nie było naszym hotelem. Taksówkarz zaczął najprawdopodobniej tłumaczyć nam, dlaczego nie może jechać dalej, próbując pokazywać coś na migi. Oczywiście nic nie rozumieliśmy, za to pewne było, że to koniec naszej przejażdżki. Zapłaciliśmy „wynegocjowane” 18 $ i w aplikacji maps.me, odnaleźliśmy drogę do hotelu. Szliśmy przeważnie brzegiem ulicy, bo raczej nie ma możliwości korzystania z chodnika – zajmują go zaparkowane skutery i stoliki „restauracji”. Początkowo przytłoczył mnie panujący na ulicy zapach, brud, chaos i widok wędzonego psa, którego zobaczyłam 5 minut po opuszczeniu taksówki. Przechodzenie przez ulice nie było jednak tak straszne, jak wcześniej czytaliśmy. No dobra… raz się bałam. Właśnie w Ha Noi.

Jak tylko wysiedliśmy z taksówki uderzył mnie również ten zapach… Nie potrafię go opisać, ale są dwie rzeczy, które mogę o nim powiedzieć. Nie jest przyjemny, za to jest wszędzie. Na początku pomyślałam, że to coś charakterystycznego dla ulic Ha Noi. Jednak nie. Czułam go potem na lotniskach, w innych miasta, ale również w górach. Czułam go na swojej skórze i na swoich ubraniach, które nasiąkły nim jak gąbka. Po dwóch-trzech dniach przestał mi jednak przeszkadzać.

W stolicy mieliśmy spędzić 3 noce, ale nie 3 noce z rzędu. Pierwszy nocleg zarezerwowaliśmy w pobliżu centrum, czyli jeziorka Hoàn Kiếm. Pani w hotelu miło nas przywitała, jednak do końca nie miałam pewności, czy język w jakim do nas mówi to angielski. Było koło godziny 19 (zmrok zapadł jakąś godzinę wcześniej), a na zewnątrz było tak ciepło, że szybko zapomnieliśmy o odświeżającym prysznicu, który wzięliśmy zaraz po zameldowaniu się w hotelu po 17-sto godzinnej podróży.

Pomimo, że do jeziora mieliśmy niecały kilometr, dojście tam nie było łatwe – przez ulice przedzierały się setki skuterów na minutę, które – jak nam się wydawało, w ogóle nie zwracały uwagi na pieszych. Dopiero później odkryliśmy, że „w tym szaleństwie jest metoda”. Mianowicie, wbrew oczekiwaniom, nikomu nie zależy na tym, żeby cię rozjechać. Na pewno znajdzie się trochę miejsca (z którego istnienia nawet nie zdawałbyś sobie sprawy), żeby jakoś cię ominąć. Mimo to, dobrowolnie nikt Cię nie przepuści – zostaniesz obtrąbiony, wymrugany światłami (które pomimo zmroku zostaną włączone wyłącznie w tym celu), aż w końcu jakoś cię ominą, a ty będziesz musiał zatrzymać się na środku pasa i cierpliwie czekać na jakąkolwiek lukę, aby ruszyć dalej. Szukanie przejścia dla pieszych ma sens tylko wtedy, kiedy są na nim światła, ale to nie znaczy, że na czerwonym nikt nie będzie przejeżdżał. Na pewno pojadą wszyscy skręcający w prawo, pozostali nie będą marnowali czasu, jeśli można się gdzieś wcisnąć.

Była sobota i drogi wokół głównego jeziora były zamknięte dla ruchu, mogliśmy tam zatem swobodnie pospacerować i obejrzeć oświetlone budynki. Do hotelu wróciliśmy przez targowisko, gdzie z ciekawością obejrzeliśmy niezbyt dobre „repliki” zegarków i różnych sprzętów elektronicznych.

Następnego dnia ok. 15:00 musieliśmy być z powrotem na lotnisku, skąd mieliśmy polecieć do Da Nang. Mieliśmy zatem kilka godzin, aby zobaczyć okolicę. Jeszcze raz przeszliśmy się wokół jeziora, zakupiliśmy bilet na most Cầu Thê Húc (właściwie na most można wejść bez biletu, sprawdzają go dopiero przy wejściu na wyspę, gdzie zwiedzać można świątynie Ngoc Son).

Następnie udaliśmy się do więzienia Hoa Lo, w którym urządzono muzeum, oraz Pagody Chùa Quán Sứ.

Po drodze zobaczyliśmy, skąd odjeżdżają busy na lotnisko (Quang Trung). Niestety nie udało nam się uzyskać odpowiedzi na pytanie, kiedy odjeżdżają – wydaje mi się, że dopiero wówczas, gdy nazbiera się pełny bus (trochę ich tam stoi). Cena jest o wiele korzystniejsza, niż cena taksówki – jedyne 2 $ za osobę (40.000 dongów).

Wracając zajrzeliśmy do położonego na naszej trasie bezpłatnego muzem policji – Bảo Tàng Công An. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc przy jeziorku zakupiliśmy smoothie z mango, pałeczkami wielokrotnego użytku zjedliśmy obiad w przytulnej knajpce  i wróciliśmy do hotelu po plecaki. Bus na lotnisko odjechał 5 min po naszym przyjściu na przystanek, więc mieliśmy sporo szczęścia.

Do Da Nang dolecieliśmy liniami Jetstar Pacyfic. Na parkingu przy lotnisku zaczęliśmy się zastanawiać, jak dotrzeć do hotelu. Wtedy podeszła do nas pewna para i zapytała, czy nie chcemy podzielić się kosztami taksówki. Oczywiście chcieliśmy. Jak się okazało, nasze hotele położone były blisko siebie. Dojazd kosztował nas 60.000 dongów na parę (ok. 3 $). Od razu po zameldowaniu wybraliśmy się na spacer wzdłuż plaży, ale był to krótki spacer, bo zastała nas burza.

Rano długo zastanawialiśmy się, czy realizować nasz plan, gdyż zapowiadał się deszczowy dzień. Wyszło w końcu trochę słońca, więc od razu polecieliśmy wypożyczyć skuter. Zanim doszliśmy do położonej 10 metrów od hotelu wypożyczalni, znowu zaczęło padać. Mając przed sobą perspektywę, że równie dobrze może padać całe 2 tygodnie, pożyczyliśmy skuter mimo wszystko i pojechaliśmy w kierunku Hội An – 30 km od Da Nang. Po drodze znacznie się rozjaśniło, więc zmieniliśmy cel na Mỹ Sơn – zespół hinduistycznych świątyń, oddalony 50 km od Da Nang. Ładna pogodna nie utrzymała się długo, w konsekwencji następne 3 godziny spędziliśmy w ulewie, za to w gustownych kapotach, które wypożyczono nam razem ze skuterem. Gdy dojechaliśmy na miejsce zaczęła się największa ulewa. Po 10 minutach czekania przy kasach (bilet w cenie 150.000 dongów, obejmujący „souvenir photo”)  aż trochę przestanie padać, uznaliśmy, że dalsze czekanie nie ma za bardzo sensu. Po około 5 minutach spaceru doszliśmy do punktu, z którego zabrał nas melex i podwiózł spory kawałek. Dalej, w największej chyba ulewie w jakiej kiedykolwiek miałam okazję iść, spacerowaliśmy sobie wśród niezwykłych, zamokniętych świątyń.

Powrót ze świątyni do łatwych nie należał. W ulewie nie mogliśmy swobodnie wyjąć telefonu, aby sprawdzić trasę, więc oczywiście zgubiliśmy się kilkakrotnie, przez co jazda znacznie się wydłużyła. Największe oberwanie chmury złapało nas na w Da Nang na moście, gdzie nie było absolutnie żadnej możliwości, aby się zatrzymać. Niemal na oślep dojechaliśmy do hotelu.

Był to najdłuższy dystans, który w czasie wyjazdu pokonaliśmy skuterem, i był to też jedyny dzień, kiedy padało. Nie mogliśmy wybrać lepiej…

Następny dzień również zapowiadał się deszczowo, ale rano jeszcze nie padało. Ponownie zatem w przyhotelowej wypożyczalni zapłaciliśmy za skuter i pojechaliśmy w kierunku przełęczy Hải Vân Quan. Stamtąd podziwialiśmy widoki na Zatokę Da Nang.

Kolejnym przystankiem miały być Elephant Springs. Skuter odmówił nam jednak posłuszeństwa około 3,5 km wcześniej. Obwiniliśmy o to upał, który nadszedł dość niespodziewanie, ale stan skutera raczej tu nie pomógł. W nadziei, że po godzinnym odpoczynku silnik odżyje, poczłapaliśmy do źródełka. Po drodze minęliśmy przepiekną świątynie, położoną właściwie pośrodku niczego. Przez ulewne deszcze dnia poprzedniego nurt w rzece wydawał się niebezpieczny, ale w tak gorący dzień, wyczerpani spacerem, nie mogliśmy sobie odmówić zanurzenia się w lodowatej wodzie.

Niestety gdy wróciliśmy do skutera nadal nie było w nim życia. Musieliśmy zatem odpuścić sobie wizytę w Thiền Viện Trúc Lâm Bạch Mã. W przydrożnym sklepie potargowaliśmy się zatem o wodę i zaczęliśmy łapać stopa. Długo nikt się nie zatrzymywał, aż w końcu zatrzymał się autobus jadący do Da Nang. 300 dongów i 40 minut później byliśmy na dworcu. Do hotelu było za daleko, żeby w taki upał iść na piechotę, więc wzięliśmy taksówkę. Po kłótni z panem z wypożyczalni, resztę dnia spędziliśmy kręcąc się po Da Nang.

Kolejny dzień był najgorętszym z całego pobytu. Znów wypożyczyliśmy skuter, tym razem w innym miejscu i tym razem zostawiając dokument (wcześniej na szczęście nie musieliśmy tego robić, bo prawdopodobnie byśmy go nie odzyskali). Drogą wzdłuż wybrzeża dojechaliśmy do sporego pomnika Lady Buddha, chociaż o wiele ciekawsze wydało mi się rusztowanie przy budowanej pagodzie.

Pokręciliśmy się chwilę po wzgórzu i pojechaliśmy dalej, na wzgórze Núi Ngũ Hành Sơn Đà Nẵng, inaczej zwane Marble Mountains. W kasie zakupiliśmy bilety, unikając bycia oszukanym – pani nawet nie skomentowała, gdy zwróciliśmy jej uwagę, że źle wydała resztę, jedynie obrażona dołożyła brakującą kwotę.

Dzień robił się coraz cieplejszy, u podnóża góry znajdowało się niewielkie targowisko, zakupiliśmy zatem po kapeluszu i ruszyliśmy dalej, do Hội An („miasto bezpiecznego lądowania”) – najpopularniejszego w okolicy miejsca wśród turystów. Faktycznie kręciło się tam sporo europejczyków, miasteczko jest bardzo zadbane, sporo sklepów z pamiątkami i kawiarenek.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Resztę dnia spędziliśmy na plaży w Da Nang, a następnego ranka mieliśmy do złapania pociąg do Hue. Bilety na przejazd linią VNR zakupiliśmy jeszcze przed wyjazdem – 59.000 dongów od osoby.

Z dworca w Hue do hotelu chcieliśmy dojechać tuk tukiem, jednak w wyniku nieporozumienia trafiliśmy na dziadzia, który wózek z nami pchał rowerkiem. Niestety nie dało się już tego odkrecić, z niecieprliwością czekaliśmy na koniec przejażdżki.

Szybko zameldowaliśmy się w hotelu, w pobliskiej uliczce wypożyczyliśmy skuter i pojechaliśmy szukać plaży. Maps.me odmawiało niestety współpracy, przez co znalezienie drogi zajęło nam bardzo dużo czasu. Gdy już dojechaliśmy, okazało się, że plaża była zupełnie pusta. Na szczęscie otwarty był plażowy bar.

Wieczorem pojechaliśmy jeszcze do centrum Hue, gdzie znajduje się cytadela. Wśród młodzieży rzucającej puste puszki i śmieci pod stoliki oraz z widokiem na panie zmywające w rynsztoku naczynia, zjedliśmy kolację.

Gdy wróciliśmy do hotelu, po naszym pokoju biegał gekon. Obsługa stwierdziła, że to normalne.

SAM_5393

Na następny dzień mieliśmy zaplanowane zwiedzanie Hue i okolic oraz późny lot do Ha Noi. W hotelu pozwolono nam zostawić na przechowanie plecaki do wieczora. Skuter wypożyczony dnia poprzedniego zostawiliśmy na hotelowym parkingu, więc od razu po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę wskazaną ponownie przez maps.me.

Pierwszy na liście był grobowiec Tu Duc’a z połowy XIX w.

Następnie odwiedziliśmy grobowiec Minh Mang. Wyglądał nieco inaczej niż na zdjęciach i był nieco zaniedbany, więc jest małe prawdopodobieństwo, że przypadkowo trafiliśmy w inne miejsce. Okolice Hue pełne są ciekawych budowli i pozostałości po imperium, ale koniec końców każde z miejsc nieco przypomina poprzednie.

Na koniec pojechaliśmy do mausoleum cesarza Khai Dinh, który zrobił na nas największe wrażenie, chociaż jest najmłodszy, bo pochodzi z początku XX w.

Było jeszcze stosunkowo wcześnie, wróciliśmy zatem do Hue, aby tam zwiedzić Cytadelę (Kinh thành Huế).

Po szybkim obiedzie na wybrzeżu Rzeki Perfumowej, na koniec dnia udało nam się jeszcze zobaczyć Pagodę Thien Mu.

Około godziny 19-stej oddaliśmy skuter, odebraliśmy plecaki z hotelu i z recepcji zamówiliśmy taksówkę na lotnisko. Do Ha Noi dolecieliśmy bardzo późno, nie obeszło się również bez przygód. Przy lotnisku stał zaparkowany bus-taksówka. Zapytaliśmy o cenę i wydała się bardzo przystępna, jednak gdy wysiadaliśmy, cena była o wiele wyższa. Tak o to rozpoczęła się kłótnia z kierowcą, w której wyniku zapłaciliśmy coś pośrodku. Mieliśmy kawałek do przejścia, a ulice Ha Noi nocą wygladały nieciekawie, a gdy już doszliśmy do hotelu, wyglądał on na zamknięty na 4 spusty. Chwilkę musieliśmy się dobijać, ale w końcu nas wpuszczono.

Hotel tym razem wybraliśmy w innej okolicy Ha Noi, aby mieć blisko do stacji kolejowej Ga Hà Nội, skąd mieliśmy nocny pociąg do Sapa. Rano plecaki ponownie zostawiliśmy w hotelu i ruszyliśmy na spacer po okolicy.

Najpierw udaliśmy się do Quoc Tu Giam Park ze Świątynią Literatury (Văn Miếu Quốc Tử Giám), po czym przy ulicy Tôn Đức Thắng napiliśmy sie kawy w przyjemnej kawiarence.

Później odwiedziliśmy Muzem Historii Militariów (Bảo tàng Lịch sử Quân sự Việt Nam), gdzie zobaczyć można wrak amerykańskiego samolotu Hellcat zestrzelonego w 1954 roku. Wstęp do muzeum to koszt 30.000 dongów plus 20.000 jeśli planuje się robienie zdjęć.

Ostatnim punktem na liście na ten dzień była Świątynia Na Jednej Kolumnie (Chùa Một Cột). Po drodze mijaliśmy rządowe budynki i ulicznych fryzjerów.

Robiło się już późno, więc wróciliśmy do hotelu po plecaki. Za niewielką opłatą pozwolono nam skorzystać z pokoju na około 2 godziny, aby odświeżyć się przed nocną podróżą pociągiem King Express. Bilet zakupiliśmy jeszcze przed wyjazdem, zdecydowaliśmy się na prywatną kabinę. Był to spory wydatek (około 100 $), ale mieliśmy bardzo przyjemną podróż.

Pociąg właściwie nie dojeżdża do samego Sapa, ale do mniejscowości Lào Cai. Stamtąd z dworca miał nas odebrać bus przysłany przez hostel, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Przy wyjsciu z dworca stał chłopak trzymający kartke z nazwą hostelu. Zamieszanie było straszne, 3 Wietnamczyków miało bardzo duży problem, żeby połapać się, czy zabrali wszystkich ze swojej listy. W międzyczasie chcieliśmy jeszcze kupić bilet na nocny autobus do Ha Long – tzw. Sleeper Bus. Biletu nie kupowaliśmy wcześniej, bo nie mieliśmy pewności, czy do tego momentu wszytsko pójdzie zgodnie z planem – grafik jak widzicie był bardzo napięty. W Lào Cai w pobliżu dworca znajduje się biuro, gdzie można zakupić bilet, ale było z tym tyle zamieszania, że jednak radziłabym kupić wcześniej przez internet. O samym autobusie później.

No więc siedzieliśmy w busiku, który koniec końców ruszył i dowiózł nas do centrum Sapa. Stamtąd odebrał nas kolejny samochód, który zawiózł nas w góry do hostelu. Komunikacja przebiegała bardzo chaotycznie, ale koniec końców się udało. Byliśmy na miejscu – w Golden Rice Garden, gdzie mieliśmy zarezerowany bungalow.

Właścicielem jest przesympatyczny młody mężczyzna,który bardzo dużo nam opowiedział o okolicy, o Wietnamie, jak ciężko młodym ludziom jest dostać wizę na wyjazd chociażby wakacyjny, gdyż rząd obawia się, że nie wrócą. Umówił nas również z dziewczyną, która (oczywiście za opłatą) zabrała nas na 15-sto kilometorwy trekking po przepięknej okolicy, przez bambusowy las, oraz na lunch. Opowiadała nam przy okazji jak to osuwiska ziemi niszczą poletka ryżu, a rodzina, do której takie poletko należy, musi później walczyć o przetrwanie. Był to najlepszy dzień z całego naszego pobytu w Wietnamie. No może za wyjatkiem widoku zażynanego psa oraz węża, którym straszyli mnie jacyś chłopcy – trzymali go na patyku.

Wieczorem przygotowano dla nas pyszną kolację, a później z właścielem częstowaliśmy się wzajemnie naszymi narodowymi alkoholami.

Następnego dnia wieczorem mieliśmy wspomniany wcześniej autobus, więc dzień chcieliśmy jeszcze zagospodarować na samodzielne zwiedzanie okolicy. Niestety pogoda nie dopisywała, nie powstrzymało nas to jednak przed wjazdem kolejną Cáp treo Fansipan Legend na jawyższy szczyt okolicy – Phan Xi Păng. Wietnamczycy, jak na prawdziwych Azjatów przystało, jak coś już robią to na maksa i najlepiej pobijając rekord Guinnessa. Jest to najdłuższa (bez stacji pośrednich) kolejka – 6.292,5 m i pokonuje największe przewyższenie – 1.410 m. W naszym przypadku zakup biletów był stratą pieniędzy, gdyż ze względu na mgłę na górze nie było widać absoultnie nic.

Pospacerowaliśmy jeszcze chwilkę po Sapa, gdy zaczeło padać usiedliśmy w kawiarni. Zachęcona widzianymi dzień wcześniej drzewkami zielonej herbaty – zamówiłam właśnie zieloną herbatę. Dostałam herbatę Lipton w torebce. No cóż… może innym razem.

Po do dosyć oryginalnym obiedzie, do którego zamówiliśmy wino ryżowe smakujące jak bimber, a zamiast serwetek dostaliśmy paczkę husteczek, odwiedziliśmy jeszcze targ, a później z centrum Sapa złapaliśmy autobus do Lào Cai, skąd mieliśmy odjechać do Ha Long.

Odjazd był z punktu, w którym dzień wcześniej kupiliśmy bilety. Po gorączkowym poszukiwaniu biletów, które odnalazły się minutę przed odjazdem, autobus zabrał nas na dworzec, z którego odjeżdżał Sleeper Bus. Jazda była niesamowicie męcząca. Mi trafiło się górne łóżko, całą podróż dosyć mocno wiało na mnie z klimatyzacji, której nie dało się regulować. Spałam w polarze, z kapturem na głowie i pod kocem, nadal jednak było mi zimno. Ponadto łóżka były potwornie niewygodne. Autobus co chwilę zatrzymywał się, coś ciężkiego dorzucano do luku bagażowego, co wydało się nam dosyć podejrzane. Dłuższa przerwa była jednak tylko jedna. Gdy autobus dotarł na dworzec w Ha Long, kazano nam czekać, bo nie był to jeszcze końcowy przystanek. Trwało to półtorej godziny…

SAM_5894A

Byliśmy strasznie wymęczeni drogą, ale nie było czasu do zmarnowania. Mieliśmy znowu jedynie 2 dni na zwiedzenie okolicy. Na szczęście mogliśmy się zameldować już w hotelu, chociaż nie było nawet południa, szybko się więc odświeżyliśmy. W agencji, która organizowała przejazd Sleeper Bus, wypożyczyliśmy skuter i kupiliśmy wycieczkę na następny dzień oraz bilet na autobus do Ha Noi. Tego dnia sami natomiast pojechaliśmy na nabrzeże i promem popłynęliśmy na wyspę Cát Bà. Skuter oczywiście popłynął z nami.

Pojeździliśmy chwilkę po wyspie, za opłatą spędziliśmy trochę czasu przy jednej z hotelowch plaż, zjedliśmy obiad i wróciliśmy do Ha Long.

Wieczorem na targu w pobliżu naszego hotelu zjedliśmy owoce morza (bardzo drogo, trzeba się targować),

a w czasie spaceru trafiliśmy na Backpacker Hostel & Pub. W pubie poznaliśmy dwóch Polaków, którzy pracowali przy budowie Sun World Halong Complex. Opowiedzieli nam trochę o całym przedsięwzięciu – o „parciu” na pobicie kolejnego rekordu Guinnessa, o tym, że aby budowa miała wystarczający prestiż, musiała przejść audyt europejskiej firmy, czym strzelili sobie w kolano, bo musieli wiele rzeczy poprawiać. Zapewnili nas jednak, że kolejka jest bezpieczna, co nas uspokoiło, bo wybieraliśmy się tam następnego dnia.

Spędziliśmy w pubie sporo czasu, gdy wróciliśmy do hotelu, roleta była już spuszczona. Znów musielismy się więc dobijać. Sympatyczna recepcjonistka w różowej piżamce, z którą wprzed wyjściem zamieliśmy kilka zdań, w końcu nam otworzyła, po czym rzuciła mi się na szyję mówiąc pokręconym angielskim, jak bardzo się o nas martwiła. W holu leżało łóżko polowe, na którym najwyraźniej spędza swoje nocne zmiany.

O 8:00 spod hotelu miał nas zabrać bus do portu, skąd mieliśmy ruszyć na wykupioną wycieczkę. Pobudka była ciężka, a pokój wyglądał, jakby przeszło przez niego tornado. Mimo to, o 8:00 byliśmy na dole. Za to spóźniał się bus. Poszliśmy zatem do pobliskiej kawiarni po kawę. Napój smakował jak kawa 3 w 1, nalany był do plastikowego kubka, a ponieważ był super gorący – kubek znajdował się w worku. Do worka natomiast po trochę ulewała się kawa.

original_url: 38A8251F-6186-426E-AC92-8FBADEB4C2C2

Statek w końcu podpłynął i ruszyliśmy na wycieczkę. Pierwszym punktem była jaskinia Thien Cung.

Później koło wysepek mogliśmy popływać kajakami. Do wyboru były również tratwy.

Kolejnym punktem na liście był obiad na statku. Ponieważ porcje przewidziane były na cztery osoby, poproszono nas o dołączenie do innego stolika. Gdy podejmowaliśmy rozmowę z sympatyczna parą z Niemiec, w miejsce gdzie wcześniej siedzieliśmy uderzył inny statek, wybijając dziurę w ścianie. Oszukać przeznaczenie…

Po posiłku dobiliśmy do wyspy Titop, z której szczytu rozciąga się piękny widok na wysepki.

SAMSUNG CAMERA PICTURESSAMSUNG CAMERA PICTURES

Po powrocie z rejsu udaliśmy się do wspomnianego wcześniej Sun World Halong Complex, skąd kolejką linową z dwupoziomową gondolą dojechaliśmy do galerii handlowej z diabelskim młynem Sun Wheel. Gdy wagonik dobijał do stacji, na platformie już machała nam na powitanie pani z obsługi.

Następnego dnia mieliśmy do złapania autobus do Ha Noi, zabrał nas spod agencji, gdzie kupilismy bilet.

SAM_6189D

Tego dnia nie mieliśmy wiele czasu na miejscu, w planie była jedynie Pagoda Tran Quoc oraz karaoke. Maps.me tym razem bardzo nas myliło i nie mogliśmy znaleźć drogi, postanowiliśmy więc do Pagody podjechać taksówką. Niestety, taksówkarz nawet po pokazaniu mu zdjęcia nie wiedział o co chodzi. Odpuściliśmy zatem. Z karaoke też niestety nic nie wyszło. Okazało się bowiem, że w Wietnamie do karaoke są wydzielone pokoje, gdzie bawi się grupa znajomych – nie jest to jedna zabawa dla wszystkich znajdujących się w klubie. Mieliśmy poczucie trochę zmarnowanego wieczoru.

Następnego dnia wracaliśmy już do Polski. Samolot odlatywał dopiero wieczorem, ponownie więc zostawiliśmy plecaki w hotelu i przespacerowaliśmy się do Muzeum Etnicznego.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc w okolicy jeziorka Hoàn Kiếm wypiliśmy ostatnią super-mocną kawę z super-słodkim skondensowanym mlekiem.

SAM_6193I

Odebraliśmy plecaki z hotelu i na recepcji poprosiliśmy o zamówienie taksówki na lotnisko.

W drodze powrotnej mieliśmy bardzo długą przerwę w Doha. Aby wyjść z lotniska należało kupić wizę, zdecydowaliśmy się na to i razem z inną parą z Polski mieliśmy wzięć taksówkę do centrum. Wyjęcie pieniędzy z bankomatu możliwe było jedynie kartą Visa. Pomimo, że była już noc, było okropnie gorąco, a na dworze bawiły się dzieci.

Tak zakończyliśmy nasze dwutygodniowe wakacje. Gdybym miała zaplanować je jeszcze raz, pewnie zdecydowałabym się na lot do Ha Noi, przejazd pociągiem wzdłuż wybrzeża i powrót z Ho-Chi-Minh. Może następnym razem.

Na koniec jeszcze zdjęcia z serii co-Wietnamczycy-wożą-na-skuterach, które robiliśmy w czasie całego pobytu. Niestety zabrakło mi refleksu, aby sfotografować chłopaka wiozącego dwie spore porcelanowe wazy oraz taflę szkła.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s