NA ŻELAZNEJ DRODZE, czyli Dolomity nad Gardą

Spędzenie dwóch tygodni w okolicy jeziora Garda we Włoszech jak dla mnie było strzałem w dziesiątkę. Północna część jeziora dostarczy atrakcji fanom niemal wszelkich form „urlopowania” się: plażowania (oczywiście nie na piasku), sportów wodnych (żagle, kity, windsurfing, SUPy, kajaki itd.), kolarstwa górskiego i szosowego, ale przede wszystkim wspinaczki i via ferrat. Niedosyt natomiast po wizycie na północy Gardy będą czuły osoby zainteresowane długimi wysokogórskimi trekkingami – nie jest tu łatwo o ciekawą, całodniową pętlę na wysokości powyżej 2000 m.

Poniżej opiszę jak my skorzystaliśmy z uroków jeziora Garda i okolic, polecę (albo odradzę) kilka knajpek, noclegów, miasteczek, a nawet sklepów.

Dla tych, co będą czytać wybiórczo, kilka najważniejszych wskazówek:

  • Jeśli będziecie w okolicy Lago di Ledro, koniecznie zajrzyjcie do marketu COOP (Famiglia Cooperative / COOP Trentino). Sklepów COOP w okolicy jest sporo, można w nich kupić rewelacyjne lokalne wędliny i sery, suszone pomidory, oliwki i inne specjały, ale tylko w tym sklepie ze wszystkich odwiedzonych mogliśmy samemu nalać sobie wino z beczki (wcześniej można oczywiście spróbować). Jedyne 2,40€ za kilogram. Waży się jak pomidory.
  • Osoby, które nigdy się nie wspinały, ani nie miały do czynienia z via ferratą, a chciałyby samodzielnie wybrać się na „żelazną drogę”, zachęcam do wybrania się przed wyjazdem do parku linowego o co najmniej średnim poziomie trudności (Trasa nr 1 w Adrenalina Park w Kątach Wrocławskich się nada). Chodzi o to, aby oswoić się z uprzężą, używaniem karabinków, przepinaniem się i z mostami tybetańskimi. Ja osobiście bardzo obawiałam się pierwszego spotkania z ferratą i jakkolwiek śmieszne może się to niektórym wydać – park linowy bardzo mi pomógł. Bardzo pomogła mi też godzinna lekcja z instruktorką na ściance, gdzie mogłam oswoić się z możliwością „odpadnięcia”. Wcześniej zdarzało mi się kilka razy odwiedzić bulderownię (ściankę, gdzie można wspinać sęe bez liny i partnera) – też uważam to za super doświadczenie, przydało się na ferrracie przy wodospadzie – ale o tym później.
  • W okolicy Lago di Gadra działa firma Mmove, która organizuje wypady na ferraty dla osób, którym nie chce się szukać samemu (i oczywiście takim, którzy są w stanie zapłacić). Można u nich też wypożyczyć sprzęt do ferrat (kask, uprząż, lonżę, rękawice). W naszym przypadku, gdzie sprzętu potrzebowaliśmy na 9 dni, już bardziej opłacałby się zakup. Udało nam się jednak pożyczyć wszystko od znajomych (P.S. zwykła uprząż wspinaczkowa też się nada).
  • Jak przeczytacie w poście, kilka razy w górach zdarzało nam się pomylić drogę. Przyzwyczajeni jesteśmy do korzystania z mapy, tu jednak trasy zdecydowanie lepiej opisane są w broszurach z trasami trekkingowymi czy via ferratami.
  • Niektóre szlaki prowadzą przez nieoświetlone tunele w skałach, warto mieć zatem ze sobą czołówkę. Latarka w telefonie może być trudna w obsłudze, jeśli jednocześnie trzeba iść po drabinie.
  • Jeśli nastawiacie się na kajak czy SUP, to najlepiej mieć swój. W Riva del Garda i Torbole ceny są bardzo wysokie. Kajak dwuosobowy to koszt 20€ za godzinę, 28€ za dwie godziny, 53€ za 4 godziny, albo 73€ za cały dzień. Co do SUPów – jest to odpowiednio 15, 25, 40 i 55€. Tańsze kajaki można znaleźć przy Lago di Ledro – 8€ za godzinę za kajak dwuosobowy. SUPów niestety tam nie widziałam.
  • Będąc w Riva del Garda koniecznie odwiedźcie Salsamenteria Capolini, a w Desenzano – Hosteria Croce d’Oro. Więcej o tych miejscach w dalszej części.

 

Il primo giorno – Neuschwanstein i przyjazd do Riva del Garda

Niedziela. Właściwie to w okolice Neuschwanstein przyjechaliśmy już dzień wcześniej – droga z Wrocławia zajęła nam 8 godzin. Pogoda dopisywała, z mostu Marienbrücke zrobiliśmy rewelacyjne zdjęcia, wspięliśmy się też trochę wyżej, gdzie również są piękne widoki, ale nie ma już tylu ludzi.

Później udaliśmy się do Füssen, gdzie chwilę pospacerowaliśmy i spędziliśmy noc w Old Kings Füssen Design Hostel. Byliśmy pozytywnie zaskoczeni – było bardzo czysto i bardzo cicho.

Właściwego dnia już o godzinie 6:55 staliśmy w kolejce po bilety do zamku. Kasy otwierają o 7:30, jednak ponieważ nie udało nam się zarezerwować zwiedzania z wyprzedzeniem na ten dzień, obawialiśmy się o dostępność biletów. No cóż – w kolejce byliśmy pierwsi. O 7:05 przyszła kolejna osoba, około 7:10 kolejna. I tak, w momencie gdy podnoszono wrota biura biletowego, w kolejce stało już około 20 osób, w większości panowie oddelegowani na misje zdobycia wejściówek dla swych rodzin.

Wstawanie o 6 rano okazało się najwyraźniej zbędne. Gdy pierwsi podeszliśmy do kasy, dostępne były bilety na każda godzinę zwiedzania. Wybraliśmy tę z przewodnikiem w języku angielskim. Okazał się to świetny wybór, gdyż pani rewelacyjnie opowiadała o historii zamku i króla Ludwika II.

Oczekując na nasza godzinę, wybraliśmy się na spacer przy jeziorze Alpsee. Obejście jeziora wokół trwa podobno 2 godziny, my niestety po 30 minutach musieliśmy zawrócić ze względu na brak czasu. Trasa jest bardzo malownicza, jeśli tylko znajdziecie czas to polecam.

O samym zwiedzaniu zamku Neuschwanstein i Hohenschwangau jest wiele wpisów, więc nie będę powielać, polecam jednak zapoznać się z historią Ludwika II, ponieważ była to bardzo ciekawa postać. W szczególności zaciekawiła nas jego zagadkowa śmierć.

Droga do Riva del Garda zajęła nam o wiele dłużej niż się spodziewaliśmy, co spowodowane było remontami i korkami na autostradach. Widoki po drodze były jednak niesamowite.

Na miejsce dotarliśmy dopiero około 18:00, więc od razu udaliśmy się do punktu informacji turystycznej, gdzie za 5€ nabyliśmy mapę i zgarnęliśmy bezpłatne broszury dotyczące trekkingów i via ferrat.

Po kolacji zameldowaliśmy się w mieszkanku zarezerwowanym przez Airbnb. Nie ma tam WiFi, jednak cena rewelacyjna, pożyczono nam też rowery, przez co z łatwością mogliśmy dojeżdżać do centrum Rivy nie martwiąc się opłatami za parkingi. Gospodarze przemili, starszy pan nie mówi po angielsku, więc komunikowaliśmy się głównie z jego córką, albo łamanym angielsko-niemiecko-hiszpańsko-migowym. Nocleg godny rozważenia.

Restauracje:

Fussen – Pizza de Peppe przy . Nie polecam. Pizza słaba, makaron bolognese bez żadnych przypraw.

Riva del Garda – Ristorante Bellavista przy

 

Secondo giorno – Via ferrata Colodri

Poniedziałek. Ferrata Colodri została polecona przez panią z punktu informacyjnego jako dobra na rozgrzewkę dla początkujących. Udaliśmy się zatem do Arco. Postanowiliśmy dojść tam na piechotę, jednak nie był to najlepszy pomysł, bo między wioseczkami nie ma chodników, więc co chwilę mijały nas ciężarówki, na przełaj pokonywaliśmy ronda.

W końcu dotarliśmy do parkingu przy campingu w Arco, odbiliśmy w lewo w lasek i trochę po znakach, trochę na „czuja” dotarliśmy do początku ferraty.

Jak dla mnie były momenty niepewności, ale faktycznie fajna trasa na rozgrzewkę i obycie się ze sprzętem. Droga samą ferratą nie zajęła nam więcej niż godzinę. Na trasie wyprzedzały nas osoby bez żadnych zabezpieczeń, praktycznie tam wbiegając. No cóż – w Tatrach na niektórych odcinkach nie byłoby nawet łańcucha.

A na końcu ferraty można spotkać…

Przy końcu ferraty zapakowaliśmy sprzęt do plecaka i ruszyliśmy dalej –  na Cima Colodri, czyli w kierunku krzyża. Tam w jedynym skrawku cienia zjedliśmy drugie śniadanie i po znakach na Arco ruszyliśmy na dół ścieżką. Normalnie napisałabym „czerwonym szlakiem”, ale tu wszystkie szlaki są czerwone… Niektóre mają numery, niektóre nie. Ten prowadzący do Arco niestety nie miał, ale nie było ciężko trafić.

Schodząc do Arco przechodziliśmy koło arboretum, gdzie zdecydowaliśmy się zaglądnąć. Ku naszej radości przy niewielkim stawku odpoczywała spora gromada żółwi.

Na bardzo przyjemnym ryneczku w Arco wypiliśmy kawę, obejrzeliśmy również witryny sklepów zamkniętych na czas siesty (jest tu cała ulica sklepów sportowych, głównie ze sprzętem wspinaczkowym) i udaliśmy się w drogę powrotną, tym razem przez winnice, aby uniknąć rozjechania przez ciężarówkę.

Ponieważ dzień był bardzo ciepły, resztę dnia kręciliśmy się po Rivie i odpoczywaliśmy nad jeziorkiem, gdzie gdyby nie krzyk innej plażowiczki: „Achtung, du mit Handy” – na moją głowę wszedłby niewielkich rozmiarów wąż.

Restauracje:

Arco – Caffe’ Trentino przy Piazza III Novembre 10. Dobra kawa, ceny normalne, niestety o godzinie 14-stej nie mieli już rogalików.

Riva del Garda – Ristorante Pizzeria Maffei przy Via Andrea Maffei 7. Ekspresowa obsługa i smaczna pizza. Dania gości siedzących obok też wyglądały pysznie.

 

Terzo giorno – Via ferrata Rio Sallagoni i SUP

Wtorek. W broszurce z punktu informacyjnego napisano, że trasa zaczyna się pod zamkiem w Drena. Gdy zaparkowaliśmy w pobliżu zamku, nie mogliśmy znaleźć początku trasy, zaczerpnęliśmy zatem informacji o u pani z kawiarni. Powiedziała nam wówczas, że trasa zaczyna się sporo niżej, trzeba wrócić około 4 km drogą. Trochę nas to zdziwiło, ale okay – na pewno wie lepiej. Po mniej więcej takim dystansie znaleźliśmy jakiś parking, a stamtąd jakąś drogę w kierunku lasu i po chwili tablicę z informacjami o ferracie. Łatwo nie było.

Jednak niepotrzebnie się cofaliśmy. Wystarczyłoby podejść kawałek brukowaną drogą prowadzącą na zamek, stamtąd odbić w prawo na szlak (oczywiście czerwony) i doszłoby się do tego samego punktu skąd my startowaliśmy. Różnica jest tylko taka, że albo zaczynasz krótkim trekkingiem, a kończysz ferratą, albo zaczynasz ferratą i kończysz trekkingiem. Pętla taka sama.

Ale do rzeczy. Ferrata prowadzi przez wąwóz rzeki Sallagoni. Początkowo idzie się po klamrach po ścianie wąwozu, natomiast przy jego końcu zaczynają się już inne elementy. Są mosty tybetańskie, kawałeczek idzie się również po pionowej ścianie – jest kilka klamer, trochę żłobień w skałach. Bardziej wymagający, ale krótki odcinek. Trasa jest urocza.

Przy wodospadzie na zdjęciu powyżej poszliśmy w prawo, po czym zorientowaliśmy się, że ominęliśmy kawałek ferraty. Wracaliśmy się zatem, aby poprawnie przejść trasę.

Odniosłam wrażenie, że całą dałoby się przejść omijając odcinki z zabezpieczeniami – rzeka jest płyciutka, wystarczą buty z Gore-Tex, więc jeśli ktoś po pierwszym odcinku będzie miał dość – może się przespacerować do końca.

Po dojściu do drogi należy pójść w lewo i voila! Jesteśmy przy kawiarni pod zamkiem. Kawa i rogale przepyszne, ja brudna i spocona – w końcu trochę wysiłku musiałam w to włożyć. Przy okazji zwiedziliśmy zamek, wstęp to koszt 3€. Z wieży widać wąwóz, którym jeszcze chwilę temu szliśmy.

Dzień ponownie był bardzo ciepły, zdecydowaliśmy się więc na wypróbowanie SUPów. W Riva del Garda, w drodze z centrum do portu po lewej stronie, jest wypożyczalnia, ceny jak pisałam na wstępie. Ubrania i rowery można zostawić u nich, dziewczyna z obsługi udzieliła nam kilku wskazówek i ruszyliśmy. Było sporo fal, więc początkowo utrzymanie się na nogach nie było super łatwe, każdy zaliczył lądowanie na kolanach i w wodzie. Później było coraz łatwiej. Jak na pierwszy raz godzinka wystarczyła. Fajna zabawa – polecam (o ile ktoś nie boi się wpaść do wody).

Restauracje:

Drena – Chiosco al Castello przy Via Roma 8. Kawa bez szału, ale okay, rogalik pyszny. Po przejściu ferraty można zaglądnąć.

Riva del Garda – Osteria Il Gallo na Piazza San Rocco. Jedzenie niby okay, ale obsługa nachalna i troszkę za drogo. Nie wróciłabym tam.

 

Quarto giorno – I Forti del Monte Brione, Limone sul Garda i Strada della Forra

Środa. Tego dnia w południe i na godziny późniejsze zapowiadano opady. Aby nie marnować ładnej pogody, rano planowaliśmy zrobić krótki trekking w okolicy wojennych umocnień na znajdującej się w samej Rivie Monte Brione. Trasa w broszurce opisywana jest na 3 godziny, więc idealnie. Resztę dnia (skoro miało padać) mieliśmy poświęcić na zwiedzanie Limone sul Garda.

Trasa zaczyna się w porcie na schodach fortu San Nicolò. Idąc szlakiem bez numeru, mija się z jednej strony dawne zabudowania wojenne, a z drugiej można podziwiać piękny widok na jezioro. W pewnym momencie doszliśmy do ogrodzenia, więc odbiliśmy nieco w dół, co wyglądało na trasę powrotną. Niestety nią nie było. W pewnym momencie doszliśmy do jednego z miejsc, w którym już byliśmy, więc niestety nie zrobiliśmy pętli opisywanej w broszurce. W którymś miejscu trzeba było najwyraźniej odbić w lasek. Niestety przypadkowo znacznie skróciliśmy sobie spacer, ale z drugiej strony znaleźliśmy grotę przechodzącą na drugą stronę jeziora, skąd rozciąga się przepiękny widok.

Było południe a pogoda nadal była wspaniała. Zaczęliśmy trochę żałować, że nie wybraliśmy się na dłuższy trekking. Pojechaliśmy jednak zgodnie z planem do Limone sul Garda – najbardziej urokliwego z miasteczek, które odwiedziliśmy.

Pojechaliśmy tam samochodem, gdyż później mieliśmy w planie przejazd przez Strada della Forra. Samochód zostawiliśmy w pobliżu centrum, niedaleko plaży. W centrum, zaintrygowani, podążyliśmy za tabliczkami w bruku prowadzącymi do Limonaia del Castèl, gdzie jak się okazało za jedyne 2€ można zobaczyć różne odmiany drzewek cytrusowych.

Warto przespacerować się alejkami oddalonymi nieco od głównej uliczki, gdyż jest tam o wiele mniej ludzi. Na każdym rogu można nabyć słynne w regionie Limoncino, cytrynowe mydełka, porcelanę wymalowaną w cytryny, fartuszki z cytrynami i absolutnie wszystko, gdzie tylko można wpleść cytrynowy wątek.

Zażyliśmy jeszcze kąpieli w jeziorze i ruszyliśmy w kierunku ostatniej atrakcji tego dnia, czyli Strada della Forra. Będąc w okolicy, żal się tam nie przejechać. Krótki filmik można obejrzeć na moim Instagramie.

Restauracje:

Riva del Garda – Bar Sailing przy Viale Rovereto 136. Więcej tu rowerzystów niż żeglarzy, ale fajne miejsce na kawę i rogalika, czy drinka blisko jeziora. Samoobsługa.

 

Quinto giorno – Trekking przez Cima d’Oro i Malga Dromaè

Czwartek. W nocy padało, cały dzień zapowiadał się pochmurnie z szansami na przelotne opady, zatem ferrata tego dnia nie wydawała się dobrym pomysłem. Wybraliśmy zatem jedną z tras trekkingowych z broszurki, trzymając mocno kciuki za przejaśnienia. Trasa miała prowadzić z miejscowości Mezzolago przy jeziorze Ledro, przez szczyty Cima d’Oro oraz Malga Dromae, skąd rozciąga się piękny widok na góry i jezioro. Rzekomo.

Po problemach z odnalezieniem się na szlakach w poprzednie dni, obawialiśmy się, że znów się pogubimy i przypadkowo skrócimy trasę, jednak mile zaskoczyło nas oznakowanie szlaku od samego parkingu. Do czasu…

Samochód zostawiliśmy na parkingu przy kościele. Próbowaliśmy znaleźć parking nieco wyżej, aby uniknąć drałowania po asfalcie – był nawet jakiś zaznaczony na mapie, ale niestety przed wejściem do lasu nie było nic wyglądającego na parking.

Na początku wszystko szło świetnie. Szliśmy szlakiem 453 przez piękny las, chwilę pokropiło, ale byliśmy przygotowani, podejścia były spore, ale w końcu musieliśmy się wdrapać około 1200 m do góry (Cima d’Oro wznosi się na wysokość 1802 m n.p.m.), szlak był oznakowany. W pewnym momencie doszliśmy do rozdroża. Prowizoryczna tablica mówiła, że w lewo idzie się na Malga Dromae. A że najpierw mieliśmy wejść na Cima d’Oro i nie chcieliśmy znów skracać drogi, logicznym wydało się nam pójście w prawo. Najwyraźniej polska logika jest inna niż włoska logika.

Gdy zdaliśmy sobie sprawę, że tamtą drogą prędzej się zgubimy niż gdzieś dojdziemy, zawróciliśmy. Doszliśmy do następnego rozdroża. Była szutrowa droga, była ścieżka w las oznaczona jako przyrodnicza, był też słupek bez tablicy. Mapa mówiła – „Idźcie kawałek drogą i za chwilę odbijcie w las”. No cóż… jak mapa mówi drogą, to drogą. Znowu źle. W las odbiliśmy sporo później niż mieliśmy i najwyraźniej weszliśmy na ścieżkę przyrodniczą wskazaną niżej. Ale najważniejsze, że byliśmy na szlaku.

Kawałek dalej szlak zaczął być oznaczony kolorem niebieskim. Szok! Ale i tak szedł równo z tym czerwonym na Cima d’Oro. Największym zaskoczeniem, które wzbudziło w nas dreszczyk emocji, był fakt, że szlak prowadzi przez wydrążony w skale tunel. Dookoła mgła, ani żywej duszy, w środku ciemno… Zaopatrzeni w czołówki i tak mieliśmy pewne obawy, ale jakoś przedarliśmy się przez pajęczyny. Tunel nie był długi.

Idąc dalej między kamiennymi murkami, dotarliśmy na grań. Zapewne widoki stąd są piękne, my jednak szliśmy we mgle. Z oddali usłyszeliśmy szczekającego psa i jakieś dziwne odgłosy.  Był to pastuszek wypasający owce z dosyć dużym psem. Gdy nas usłyszał, przytrzymał psa i mogliśmy bezpiecznie iść dalej. Cima d’Oro musieliśmy minąć, gdyż nie zobaczyliśmy żadnej tabliczki, ale widoczność nie była zbyt dobra.

Dotarliśmy na kolejne rozdroże. Możliwe kierunki były 3, a tabliczki tylko 2, z mapą w ręce wybraliśmy dalszy kierunek wędrówki. Weszliśmy na dodatkowy szczyt – Cima Sclapa 1887 m n.p.m. (wcale nie przypadkowo) i po zejściu kontynuowaliśmy wędrówkę szlakiem 453. Niżej nie było już tylu chmur, między drzewami udało nam się wypatrzeć nawet Lago di Ledro.

Cała trasa, gdzie tym razem odległości nadrobiliśmy, wyniosła 17 km i zajęła nam 6,5 godziny.

Po zejściu ze szlaku chcieliśmy przejechać się wokół jeziora, alby zorientować się w cenach wypożyczenia kajaków. Tak też trafiliśmy do Ristorante Pizzeria Campeggio al Lago przy Via Alzer 7 w Piave di Ledro, gdzie zjedliśmy coś a la czekoladowy fondant – pyszny, i wypiliśmy smaczną kawę. Następnego dnia w tym samym miejscu wypożyczyliśmy kajak.

 

Sesto giorno – Via ferrata Cima Rocca i kajak na Lago di Ledro

W piątek zdecydowaliśmy się na ferratę prowadzącą przez zabudowania wojenne na Cima Rocca.

Trasa startuje z Biacesa, samochód można zostawić na parkingu przy boisku. Trasa jest dobrze oznaczona, należy jednak mieć na uwadze, że główna trasa na Cima Rocca omija ferratę. Z tego względu ze szlaku 417 należy odbić na 470 w kierunku Cima Capi i po około 20 min na rozdrożu na szlak 471. My oczywiście początkowo poszliśmy źle…

Ferrata sama w sobie bardzo łatwa, ląży po połowie trasy już prawie nie używaliśmy – w większości sytuacji spadłoby się akurat o długość ląży, więc nie ma co się oszukiwać.

Trasa bardzo przyjemna, ale ze sporymi przewyższeniami. W ładną pogodę dobry widok na jezioro, więc można zjeść drugie śniadanie w pięknych okolicznościach przyrody. Szlak momentami prowadzi przez tunele, więc warto mieć czołówkę. Z jednego wychodzi się po drabinie przez dosyć wąski otwór.

Na szlaku powrotnym mieliśmy przez chwilę wątpliwość czy idziemy dobrze, ale jakoś się udało – najpierw szlakiem 460B, później 460 i na koniec należy odbić w 417. Pętla zamyka się w miejscu, gdzie odbijaliśmy na szlak 470.

Pogoda dopisywała, więc zgodnie z planem pojechaliśmy do Campeggio al Lago. Najpierw w restauracji zjedliśmy obiad – była siesta, więc serwowano jedynie lasagne, która z resztą była pyszna. Później pożyczyliśmy kajak. Widoki z Lago di Ledro piękne, niestety pomimo słońca było dość zimno, w kajaku natomiast siedziska były równo z podłogą, więc siedzieliśmy w kałuży. Po godzinie wymarznięci i mokrzy dopłynęliśmy z powrotem do brzegu.

W pobliżu campingu był market COOP, gdzie postanowiliśmy zrobić zakupy. Okazał się to rewelacyjny wybór. Bardzo duży wybór produktów od lokalnych producentów: wędliny, sery, oliwki, pomidorki suszone, grissini i wino w beczkach. Przy beczkach znajdują się plastikowe butelki o pojemnościach 1, 2 i 3 litry. Wino nalewa się jak benzynę, a waży na wadze w sekcji warzywnej – 2,40€ euro za kilogram. Obładowani lokalnymi smakołykami, udaliśmy się do kasy.

 

Settiemo giorno – Via ferrata Cima Capi

Sobota. Droga na ferratę Cima Capi zaczyna się w tym samym miejscu co na Cima Rocca. Samochód ponownie zostawiliśmy na parkingu przy boisku w Biacesa. Jak dnia poprzedniego, najpierw poszliśmy szlakiem 417, a na rozdrożu odbiliśmy na 470 i jego się już trzymaliśmy. Trasa jest trudniejsza niż ta na Cima Rocca, bo o znacznie większej ekspozycji, jednak nie ma na niej elementów trudnych technicznie. Składa się ona z dwoch ferrat. Na Cima Capi prowadzi ferrata Fausto Susatti – szlak 470.

Na szczycie nie ma za dużo miejsca, ale w połowie września nie ma tam też tłumów, więc spokojnie daliśmy radę zjeść tam drugie śniadanie ze wspaniałym widokiem.

Trasa powrotna prowadzi ferratą Mario Foletti. Ze szczytu należy kierować się dalej szlakiem 405, następnie na rozdrożu odbić w lewo na szlak 460. Dla mnie był to trudniejszy odcinek od poprzedniego.

Po zejściu z ferraty dotarliśmy do kościółka San Giovanni, który mijaliśmy dnia poprzedniego wchodząc ferratą na Cima Rocca. Stąd ma się dwie opcje. Albo szlakiem 460 i później 417 (na prawo) można zejść na dół ścieżką bez zabezpieczeń, albo pójść szlakiem 471 prowadzącym ferratą Sentiero delle Laste. My wybraliśmy standardowy szlak, bo trochę zależało nam na czasie, a tę ferratę i tak już poznaliśmy.

Bardzo zadowoleni z trekkingu tego dnia, pojechaliśmy do Rivy na obiad, trzymając mocno kciuki za znalezienie restauracji zaczynającej siestę później niż o 14:30. I tak oto trafiliśmy na nasz „ulubioną” restaurację w Rivie (niestety ulubioną na jedyne 3 dni, które pozostały nam do wyjazdu). Resztę dnia spędziliśmy leniwie nad jeziorem.

Restauracje:

Riva del Garda – Salsamenteria Capolini przy Via Florida 5. Ceny wydawały się nieco lepsze niż w restauracjach dookoła i przede wszystkim siestę zaczynają o 15:30, co jak na Rivę jest dosyć późną godziną. Pyszny okoń z pieczonymi ziemniaczkami, pyszny Aperol Spritz. Urzekł nas również kelner, starszy elegancki pan, do którego my mówiliśmy po angielsku, on do nas po włosku i wszyscy wiedzieli o co chodzi.

Riva del Garda – wspomniany wcześniej Bar Sailing przy Viale Rovereto 136. W Rivie okazał się naszym ulubionym miejscem na kawę.

 

Ottavo giorno – Via ferrata Rio Ruzza i minigolf w Torbole

Niedziela. Pogoda tego dnia nie zapowiadała się najlepiej, wybraliśmy się zatem na krótką ferratę przy wodospadzie na rzecze Rio Ruzza. W broszurze była opisana jako 15-sto minutowa, z pięknymi widokami, bo prowadząca wzdłuż wodospadu. Były również wspomniane plany poprowadzenia ferraty na szczyt wodospadu.

Samochód zostawiliśmy w centrum Ballino, zaraz za kościołem (jadąc od strony Rivy), jak sugerowała broszura. Plecaki postanowiliśmy zostawić tym razem w samochodzie, więc już na parkingu założyliśmy na siebie sprzęt. Po drugiej stronie ulicy znajduje się tablica informacyjna wskazująca, jak dojść do wodospadu, poszliśmy więc za znakami, przez mostek asfaltową dróżką. Dróżka w pewnym momencie robi się kamienista, a na koniec wchodzi do lasu. Przy końcu asfaltowej drogi można jak się okazało również zostawić samochód, gdyby ktoś nie miał ochoty na spacer.

Dojście do wodospadu zajęło nam około 15-20 minut. Od razu zauważyłam, że plany pociągnięcia ferraty na samą górę już są zrealizowane. Zanim zakończyłam wewnętrzną walkę „iść-nie iść”, już stałam na pierwszej klamrze.

Pierwszy odcinek do pułki wodospadu nie był trudny. Idzie się po pionowej ścianie, są klamry, oczywiście łańcuch, do pułki prowadzi most tybetański. Wcześniej pewnie tą samą drogą wracało się i myślę, że nadal można to zrobić. My poszliśmy dalej.

Wróciliśmy się mostkiem i poszliśmy dalej w górę. I tu zaczęło się robić trudniej. Czasami były klamry, większość czasu ich jednak nie było i trasa przerodziła się właściwie we wspinaczkę. Z mojej perspektywy duże buty trekkingowego i fakt, że co kawałek trzeba się przepinać, nie pomagało w sprawnym parciu do góry. Pod koniec, gdy ramiona miałam już mocno zmęczone, ściana lekko odchylała się od pionu. Nie mogłam tu znaleźć pewnego chwytu, zabrakło mi siły na podciągnięcie się i po kilku nieudanych kombinacjach ostatecznie utknęłam, stojąc na klamrze, trzymając się łańcucha i bezskutecznie próbując znaleźć jakiekolwiek miejsce na odbicie się. Chłopak, który utknął za mną, wskazał mi mocowanie ferraty, gdzie faktycznie mogłam stabilnie stanąć, ale dalej nie byłam w stanie znaleźć na tyle pewnego chwytu, żeby się podciągnąć bez wizji poobijania się o skały i zawiśnięcia na lonży. Z góry przyszła pomocna dłoń mojego partnera, który – widząc moją niemoc – cofnął się kawałek i pomógł mi wspiąć się na szczyt.

Sporo emocji i trochę strachu nie będę ukrywać, ale wszystko szczęśliwie się skończyło. Ahoj przygodo! Dla wprawionych gorąco polecam, bo trasa rzeczywiście piękna.

Trasa powrotna biegnie przez las. Wychodzi się przy mostku na asfaltowej dróżce, który wcześniej mijaliśmy. Zostawiliśmy uprzęże w samochodzie i w pobliskiej restauracji napiliśmy się kawy, zjedliśmy po panini, a ja przeżywałam przejście ferraty.

Inną atrakcją Ballino jest Grotta Camerona. Szlak jest dobrze oznakowany, grota ciekawa, można się przespacerować – 15 min w jedną stronę.

Na popołudnie nadal zapowiadano przelotne opady, pojechaliśmy zatem na spacer do Torbole, gdzie jeszcze nie byliśmy, pomimo, że jest właściwie „przyklejone” do Rivy. Spacerując tamtejszymy uliczkami, trafiliśmy na minigolf. Czemu nie! Jest tam też Pit-Pat, czyli billard z przeszkodami. Super zabawa.

Restauracja:

Ballino – Ristorante Villa Corona, Frazzione Ballino 17. Kawa okay, panini na ciepło bez szału, ale w okolicy nie widzieliśmy nic innego.

 

Nono giorno – dzień deszczowego lenistwa

Poniedziałek. Tego dnia przez pogodę nie było szansy nawet na krótki trekking. Wybraliśmy się zatem do Arco na spacer po sklepach sportowych. Jak wcześniej pisałam, jest tego cała ulica. Najwyraźniej sporo osób zdecydowało się w taki sposób spędzić ten deszczowy poranek. Trzeba mieć jednak na uwadze, że większość sklepów zamknięta jest w godzinach 12:30-15:30.

Na moment przestało padać, więc ponownie odwiedziliśmy żółwie w arboretum i wybraliśmy na zamek w Arco. Prowadząca tam droga była tak śliska po deszczu, że idąc w butach z gładką podeszwą można sobie zrobić krzywdę. Mi oczywiście udało się nabić na tyłku siniaka. Z punktu widokowego na trasie rozciąga się widok na Arco i okolicę. Zamek oceniam średnio, ale ze szczytu można dostrzec Cima Colodri, na którą wspinaliśmy się pierwszego dnia. Wyglądało, jakby ktoś się jednak zdecydował na ferratę w tą pogodę…

Po lunchu udaliśmy się do naszego lokum na siestę, a ostatni wieczór na północy jeziora spędziliśmy w naszej ulubionej restauracji.

Restauracje:

Arco – Ai Conti przy Piazza Prospero Marchetti 2. Najpierw rano zaraz po przyjeździe do Arco wypiliśmy tam smaczną kawę i zjedliśmy pysznego rogalika z kremem waniliowym, później zdecydowaliśmy się zjeść tam lunch. Focaccia była bardzo smaczna. Obsługa w tym lokalu jest trochę zakręcona – jeden kelner bardzo się spieszy i wszytko leci mu z rąk – na szczęście nie na klientów, drugi jest z kolei bardzo wolny, ciężko złożyć u niego zamówienie po angielsku, nie ma pewności, że dostaniesz to co zamówiłeś. Ale w razie czego zabierze i przyniesie co trzeba.

Riva del Garda – pożegnalna kolacja w naszym ulubionym Salsamenteria Capolini. Pożegnalna, bo następnego dnia mieliśmy opuścić północną część jeziora. Pyszna zupka rybna, makaron z owocami morza i pistacjowe semifredo. Wszystko idealnie.

 

Decimo giorno – Via ferrata Sentiero degli Scaloni i Malcesine

Wtorek. Tego dnia mieliśmy wjeżdżać z Malcesine obrotową kolejką na Monte Baldo i spacerować granią, jednak ze względu na bardzo złą pogodę dnia wcześniejszego postanowiliśmy zmienić plany i wybrać się na ostatni trekking na północy jeziora. Celem padła ferrata degli Scaloni. Trasa zaczyna się w miejscowości Ceniga. Z parkingu (jedynego, jaki tam widzieliśmy) skierowaliśmy w kierunku Ponte Romano i dalej szlakiem 428 – koło wjazdu na farmę Maso Lizzone w lewo.

Gdy przy początku ferraty zakładaliśmy na siebie uprzęże, dotarły tam również dwie Niemki, niezwykle zdziwione takim przebiegiem szlaku. Z mapy bowiem wywnioskowały, że trasę, którą sobie zaplanowały, przejdą bez zabezpieczeń do San Giovanni. Odczytywanie mapy i oznaczeń szlaków we Włoszech okazało się zatem problemem nie tylko dla nas.

Ferraty na tej trasie są bardzo łatwe, mieliśmy cały sprzęt ze sobą, jednak w ogóle go nie używaliśmy. Szlakiem 428 dochodzi się na szczyt Dos Tondo. Następnie należy się kierować na szlak 428B – około 15-sto minutowy odcinek prowadzi szutrową drogą, którą dochodzi się do Bivacco Crozalam – miejsca z opisem roślin, narzędzi rolniczych używanych w dawnych czasach i małych lunetek skierowanych na najciekawsze punkty w okolicy. Momentami mieliśmy problem z obraniem właściwego kierunku, staraliśmy się wówczas kierować na Percorso alle Cavre albo na Crozolam. Szlakiem 428B dochodzi się do 425 – jest tam kolejny odcinek ferraty. Szlak ten prowadzi z powrotem do Ponte Romano, wzdłuż winnic i krzaczków kiwi.

Po powrocie do samochodu udaliśmy się w drogę na południe jeziora – do Desenzano del Garda. Po drodze zatrzymaliśmy się w Malcesine. Zatrzymaliśmy na jednym z płatnych parkingów z centrum, bo poszukiwania bezpłatnego miejsca nie przyniosły skutków. W Malcesine przespacerowaliśmy się z wąskimi i zatłoczonymi uliczkami, zjedliśmy pizzę w Buongiorno e Buonasera (bardzo smacznie) i weszliśmy na zamek (6€). Ze wszystkich zamków jakie zwiedziliśmy w okolicy Gardy, ten wydał mi się najciekawszy. Z wieży jest piękny widok na otoczone górami jezioro. Jest tam również muzeum historii i nauk przyrodniczych, część wystaw jest interaktywna. Można wiele dowiedzieć się o pochodzeniu jeziora, okolicznych gór oraz obejrzeć ciekawą animację o transporcie całej floty statków z Wenecji przez tamtejsze góry.

Wieczorem dojechaliśmy do Desenzano. Zatrzymaliśmy się u przemiłej młodej pary w pensjonacie B&B Casa Mia.

 

Undici giorno – Verona

Czwartek. Po przepysznym eko-śniadanku przygotowanym przez naszych gospodarzy, udaliśmy się dworzec kolejowy w Desenzano. W okolicy dworca jest sporo bezpłatnych parkingów. Oznaczone są one na biało, należy jednak zwrócić uwagę, czy nie mają ograniczeń czasowych. Z wcześniej zakupionym na stronie thetrainline.com biletem, oczekiwaliśmy z niecierpliwością na pociąg do Werony. Ceny biletów wahają się od 5 do 20€, w zależności od czasu przejazdu i standardu. My wybraliśmy ten najtańszy – 4,90€ za osobę. Po 40 minutach byliśmy już na stacji Verona Porta Nuova. Stamtąd udaliśmy się w kierunku centrum.

Zwiedzanie Werony zaczęliśmy od Amfiteatru, który znajduje się zaraz za murami miasta. Przy Amfiteatrze kręcą się panowie przebrani za legionistów, z którymi można sobie zrobić oczywiście zdjęcie. Wejście do środka to koszt 10€. W tunelach znajdują się tablice informacyjne opisujące historię miejsca, sama arena została zaadaptowana na scenę i widownię, gdzie oglądać można różnego rodzaju widowiska, głównie operowe. W mojej ocenie odebrało to cały urok tego miejsca. Nie lada gratką byłoby natomiast obejrzenie koncertu w tym 2000-letnim teatrze.

Idąc od Amfiteatru przez Via Giuseppe Mazzini, mija się sklepowe witryny najmodniejszych sklepów, w tym światowych projektantów. Odbijając przy końcu ulicy w lewo, dojdzie się do Piazza delle Erbe, gdzie nad parasolami straganów i restauracji podziwiać można piękne fasady kamienic i przystrojone kwiatami balkony.

Cofając się do Via Capello, podążając za tłumami, dojść można do fikcyjnego domu fikcyjnej Julii (Casa di Giulietta) – głównej bohaterki dramatu Szekspira. Jakiś geniusz marketingu podśmiechuje się pewnie pod nosem, patrząc na kobiety pozujące do zdjęć na słynnym balkonie oraz na panów obłapujących posąg Julii za biust.

Po lunchu przespacerowaliśmy się brzegiem Adygi. Tak dotarliśmy do Ponte Pietra.

Z wizyty w Weronie najbardziej podobała mi się przejażdżka (niestety krótka) funikularem na wzgórze zamkowe (2€ w jedną stronę) i widok na miasto stamtąd. Funicolare di Castel San Pietro startuje z Via Fontanelle Santo Stefano 6. Uwielbiam funikulary, więc żal byłoby odpuścić.

No i była jeszcze Katedra. Był to 11-sty dzień pobytu we Włoszech, a ja jeszcze nie byłam w żadnym kościele, których przecież jest tu tak wiele. Ale jak już iść, to do najlepszego. Katedra – Duomo di Verona przy Piazza Duomo 35, faktycznie robi wrażenie, tym bardziej, że wzniesiona została na ruinach dwóch innych kościołów zniszczonych w czasie trzęsienia ziemi w XII wieku – można oglądać tam odkryte pozostałości. Katedra to właściwie cały kompleks budynków. Całość z audioprzewodnikiem można zwiedzić za 6€, niestety nie ma polskiej wersji. My słuchaliśmy po angielsku, po polsku są tylko broszurki. Ogrom informacji serwowanych w słuchawce jest tak duży, że po 15 minutach zrezygnowałam z odsłuchiwania kolejnych pozycji. Jeśli nie planujecie spędzić tam kilku godzin, polecam broszurkę.

Bilet powrotny chcieliśmy kupić w automacie na stacji Verona Porta Nuova, jednak nie było to takie proste. Najpierw próbowaliśmy dokonać zakupu w automacie, który jak się później okazało – udzielał jedynie informacji. Gdy znaleźliśmy właściwy automat, kilka minut przetwarzał płatność kartą, po czym ją odrzucił. Płatność gotówką poszła bez problemu.

Po powrocie udaliśmy się na spacer brzegiem jeziora do centrum Desenzano.

Restauracje:

Werona – Zio Lele przy Via Giosue’ Carducci 13. Tu dostać można pizzę na kawałki. Ceny różne, my wzięliśmy z truflami, więc tanio nie wyszło, ale za to było przepysznie. W gratisie (chyba dlatego, że mocno wychwalaliśmy pizzę) dostaliśmy jeszcze małego rogalika.

Desenzano – Caffè San Giuda przy

Desenzano – Bruschetteria Nose przy Via Parrocchiale 44/46. Smaczne bruschetty, duży wybór, ale mimo wszystko nie polecam, bo drogo. Za cenę 2 zapiekanek (bo w końcu to tylko zapiekanka) można mieć całą pizzę. Przy wejściu jest jednak plakat z wielkością posiłków, więc oszukani się nie poczuliśmy. Przy tej ulicy ceny w restauracjach są generalnie dosyć wysokie.

 

Dodicesimo giorno – Promem i rowerami przez Baldolino, Lazise i Sirmione

Piątek. Ostatni dzień nad jeziorem miał być połączeniem wycieczki rowerowej i rejsu promem. Rowery pożyczyliśmy od naszych gospodarzy z Casa Mia. Na rozkładzie rejsów statki, gdzie rowery można wprowadzać w nieograniczonej ilości, oznaczone są symbolem niebieskiego roweru. Na żółto natomiast takie, gdzie liczna rowerów jest ograniczona. Czerwony przekreślony rower powinien być zrozumiały dla każdego. Nam akurat godzinowo pasował ten żółty. I tak oto o godzinie 8:40 z rowerami oczekiwaliśmy otwarcia kas biletowych w porcie w Desenzano. Z rozkładu wywnioskowałam, że cena przejażdżki wyniesie około 5€ za osobę, jednak skasowano nas po 15€… Trochę zabolało, ale kilka minut później wsiadaliśmy z rowerami na niewielki prom.

Pierwszym przystankiem było Bardolino. Akurat trafiliśmy na dzień targowy. Wszędzie było pełno straganów i miasteczko – ponoć urokliwe – dla nas tego uroku nie miało.

Gdy już zorientowaliśmy się, że w Bardolino nic po nas, wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy do Lazise. Ścieżka najpierw prowadziła wzdłuż wybrzeża, jednak po chwili przerodziła się w ścieżkę jedynie dla pieszych. Musieliśmy więc przejażdżkę dokończyć ulicą.

Lazise okazało się niesamowicie uroczym miasteczkiem. Na koniec trafiliśmy jeszcze do niewielkiej winoteki, gdzie podczas degustacji pogawędziliśmy z przemiłą panią.

Przed godziną 14:00 ustawiliśmy się w kolejce po bilety na prom do Sirmione. Tym razem z zakupem biletów z rowerami nie było tak łatwo, bo nie była to początkowa stacja. Musieliśmy zatem poczekać, aż drogą radiową statek potwierdzi, że nas zabierze. Potwierdzenie w końcu dotarło, jednak ku naszemu zaskoczeniu bilety nie były ani o centa tańsze niż w pierwszą stronę, chociaż mieliśmy do przepłynięcia jedynie połowę wcześniejszej trasy.

Rowery zostawiliśmy przed bramą miasta, gdyż po centrum Sirmione nie można się poruszać na rowerach. Miasteczko trochę nas rozczarowało. Po zdjęciach wnioskowałam, że będzie to najładniejsze z odwiedzonych przez nas miast. Ale może straciło na uroku przez przewijające się przez nie tłumy turystów. Otoczony wodą zamek faktycznie jest interesujący, ale widoki z niego nie umywają się do tych z zamku w Malcesine.  Weszliśmy na zamek Rocca Scaligera (6€), przespacerowaliśmy się brzegiem półwyspu, doszliśmy do bramy Grotte di Catullo (ruiny starożytnych willi) i zdecydowaliśmy się nie wchodzić (8€). W zamian skorzystaliśmy z leżaczków w Jamaica Bar.

Ze wszystkich miejscowości odwiedzonych tego dnia, Lazise podobało nam się najbardziej. Na koniec dnia żałowaliśmy, że proporcji czasu spędzonego w każdej z nich nie rozłożyliśmy inaczej.

Restauracje:

Lazise – Cantina F.Lli Zanoni przy Via Porta S. Zeno 7. W pięknym ogrodzie można napić się wina po uprzedniej degustacji przeprowadzonej przez przemiłą panią.

Desenzano – wspomniana na wstępie Hosteria Croce d’Oro przy Via Vittorio Veneto 75. Pierwszy raz skorzystaliśmy tu z możliwości rezerwacji przez TripAdvisor. Gdy dotarliśmy na miejsce lokal był pusty (dopiero otwierali po sieście). Brak gości trochę odstraszał, jednak zjadłam tu najlepszą kolację w czasie całego wyjazdu. Ravioli z kaczką było przepyszne! Skusiliśmy się również na deser – krem orzechowy, również pycha. Do tego obsługiwała nas przemiła pani. Gdy kończyliśmy jeść, do restauracji weszła druga para. Pan rzucił mi porozumiewawcze spojrzenie. Odpowiedziałam mu z aprobatą skinieniem głowy i uśmiechem. Zostali.

 

Tredicesimo giorno – Tre Cime di Lavaredo

Ostatni dzień. Wstępny plan był taki, żeby w drodze powrotnej zatrzymać się w Monachium. Zmieniliśmy jednak plan i zamiast do Monachium w sobotę z samego rana pojechaliśmy do Misurina, aby zobaczyć Tre Cime di Lavaredo. Droga z Desenzano zajęła nam sporo czasu przez wypadki i korki. Na miejsce dojechaliśmy o 11:30.

Z czytanych przez nas wcześniej opisów trasy wynikało, że na sam spacer wokół „Trzech Sióstr” należy zarezerwować około 4 godzin. Wstępny plan był zatem taki, aby zaparkować na górze przy schronisku Rifugio Auronzo i ominąć półtoragodzinne podejście. Jednak sytuacja trochę nas zaskoczyła. Brama wjazdowa na parking znajduje się spory kawałek od właściwego parkingu. Przez 15 minut, które staliśmy w kolejce do wjazdu, niewiele się ruszyło. Sfrustrowani oszacowaliśmy, że w sumie to zdążymy wszystko obejść na piechotę. Zawróciliśmy zatem, zostawiliśmy samochód na błotnistym placu przy Chalet Lago Antorno i ruszyliśmy w drogę szlakiem numer 101.

Samo dojście do parkingu zajęło nam 1:15. Na dystansie około 4 km pokonuje się 500 m przewyższeń. Trasa jest przepiękna, warto było zaoszczędzić 25€ na parkingu.

Po dojściu do Rifugio Auronzo zjedliśmy zupę gulaszową i ruszyliśmy trasą wokół 3 szczytów. Było sporo chmur, które niestety przysłaniały widoki, ale i tak byliśmy pod wrażeniem.

Trasa wokół szczytów zaczyna się przy Rifugio Auronzo. Stamtąd szlakiem 101 dochodzimy do kolejnego schroniska: Rifugio Locatelli, przy którym znajduje się urocza kapliczka. Z tarasu schroniska obserwowaliśmy przesuwające się na tle szczytów chmury i czekaliśmy na jakikolwiek prześwit.

Ze schroniska skierowaliśmy się na szlak 105. Schodząc na dół minęliśmy grupkę osób, pomagającą pewnemu panu, który najwyraźniej zasłabł. Ponieważ w tym miejscu nie było zasięgu, poprosili jednego z wędrowców o wezwanie pomocy ze schroniska, z którego właśnie szliśmy. Chwilę później zobaczyliśmy lądujący w pobliżu grupy helikopter.

Po chwili dotarliśmy do uroczej chatki Malga dei Pastori. Niestety było już późno, chmury zaczęły schodzić coraz niżej, przeszliśmy więc obok i 20 minut później byliśmy przy pierwszym schronisku. Droga w dół zajęła nam tym samym szlakiem co wcześniej 40 minut, cała trasa wyniosła 19 km i zajęła nam niecałe 6 godzin, w którym to czasie pokonaliśmy 970 m przewyższeń.

Po trekkingu pojechaliśmy do Cortina d’Ampezzo, gdzie w hotelu Olimpia mieliśmy spędzić noc. TripAdvisor na kolację polecił Il Visietto di Cortina przy głównym deptaku, tam więc się udaliśmy. Restauracja jest niewielka i bardzo przytulna, obsługa jest bardzo miła i wszędzie jej pełno. Cenowo dosyć drogo, ale być może takie są ceny w okolicy – tylko tu jedliśmy w Cortinie, więc nie było do czego porównać. Risotto smaczne, ale fajerwerków nie było.

Po nocy w hotelu, który swoje już przeżył, udaliśmy się w drogę powrotną do domu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s