PRZED SEZONEM KWITNIENIA WIŚNI, czyli Tokio w styczniu

Pod koniec stycznia, zaraz po rozpoczęciu się Roku Szczura i w czasie epidemii koronawirusa w Chinach, trafił mi się z pracy wyjazd do Tokio. Na pewno mógłby być lepszy czas na odwiedziny tego miasta (np. koniec marca, kiedy kwitną wiśnie), ale nie mam co narzekać. Czasu na zwiedzanie nie miałam zbyt dużo, planowałam go zatem wykorzystać, jak to tylko możliwe.

Po wylądowaniu na lotnisku Haneda (skąd znacznie szybciej można dostać się do miasta niż z Narity), ruszyłam na poszukiwanie „Internetu”. Z przeczytanych wcześniej opinii uznałam, że wypożyczenie przenośnego modemu WiFi na te kilka dni będzie najlepszym rozwiązaniem. Dostawcy oferują możliwość wcześniejszej rezerwacji przez stronę internetową, co pewnie warto zrobić „w sezonie”. Mi udało się wypożyczyć taki od ręki (zaraz po wyjściu z hali odbioru bagażu na prawo – SoftBank). Koszt to ¥900 na dzień plus depozyt. Modem taki jest wielkości telefonu, oferuje nieograniczony dostęp do Internetu LTE (chociaż warianty są różne), z połączenia może korzystać kilka urządzeń jednocześnie. Modem warto codziennie ładować.

Kolejnym krokiem był zakup karty PASMO, aby swobodnie poruszać się metrem po Tokio. Na poziomie 2F za informacją turystyczną po prawej stronie znajdują się automaty. Łatwe w obsłudze, pobierany jest depozyt ¥500, który na koniec pobytu wraz z pozostałymi na karcie środkami można odebrać u osoby urzędującej obok kas. W automacie nie znalazłam takiej opcji. Nie widziałam tam też opcji platności kartą, więc lepiej mieć przy sobie gotówkę.

Skoro już jesteśmy przy metrze. Dobrze jest zwracać uwagę na to, którym wyjściem z metra najlepiej dostać się w pożądane miejsce. Zdarzało mi się cofać po kilometr, bo wybrałam źle. Znając odpowiednie punkty odniesienia, można wyczytać to z żółtych plakatów na stacji. Dla mnie – jeśli nie było tam nazwy miejsca, w które miałam się udać (np. nazwa świątyni), nie mówiło to absolutnie nic. Wkrótce jednak zorientowałam się, że aplikacja Google Maps wskazuje, którędy wyjść, a nawet do którego wagonu wsiąść, aby najszybciej ewakuować się ze stacji w obranym kierunku. Cały swój pobyt posiłkowałam się zatem Google Maps.

Przed bramkami prowadzącymi do wyjścia z metra znajdują się kasy „Adjustment”, gdzie można dopłacić za bilet lub nabić kartę PASMO, jeśli przejazd okaże się droższy niż zakładaliśmy lub przekroczy środki, jakie mamy na karcie. Z tego co zaobserwowałam, średni koszt przejazdu to ¥200. Ja w ciągu 4 dni załadowałam kartę za ¥5000, z czego odzyskałam ¥650 (w tym ¥500 depozytu).

Karta PASMO upoważnia do podróżowania wszystkimi liniami metra, natomiast na pociągi JR wymagana jest karta SUICA (dostępna również w Apple Wallet), lub pojedyncze bilety. Ja nie miałam potrzeby korzystać, trasy odbierałam tak, by jeździć tylko metrem. Obiema kartami – PASMO i Suica, można również płacić za zakupy w wielu miejscach.

Wracając do lotniska. Na poziomie 2F znajdują się również wejście do dwóch kolejek, którymi można dojechać do miasta. Ja wybrałam Tokyo Monorail (na lewo za punktem informacyjnym), bo wiązało się to dla mnie z tylko jedną przesiadką.

No dobra, tak na prawdę to wybrałam Monorail, bo po prostu wygląda super – jak ząb sunący po betonowym torze.

Bilet zakupiłam w automacie przed wejsciem. Nad kasami znajdują się taryfy biletów, które sugerują cenę. Koszt dojazdu na stacje Hamamatsuchō to ¥500. Aczkolwiek… chyba można i tu użyć karty PASMO, ale to dopiero zauważyłam po powrocie na lotnisko ostatniego dnia, nie miałam więc możliwości sprawdzić.

Jeszcze kilka słów o płaceniu w Tokio. Są o tym dostępne całe posty na innych blogach, więc nie będę się rozpisywać. Byłam wyposażona w gotówkę na pierwsze dni, ale w końcu musiałam coś wybrać z bankomatu. Poszukałem więc takiego ze znaczkiem, że jest on międzynarodowy. Co się niestety okazało, minimalna wielkość wypłaty to ¥10.000, czyli ponad 350 zł. Nie wiem jednak, czy to standard, czy po prostu źle trafiłam. Oczywiście kolejny raz wypłacać już nic nie musiałam. Jeśli natomiast chodzi o płatności kartą, zbliżeniowo zapłacić nie mogłam nigdzie, czyli wirtualna karta Revolut okazała się zupełnie nieprzydatna.

Miałam już Internet, kartę PASMO i bilet na Monorail, ruszyłam zatem do Tokio. W hotelu mój pokój nie był jeszcze gotowy, zostawiłam więc walizkę i wróciłam na stację metra, aby linią Asakusa udać się do świątyni Sensō-ji – najstarszej i najważniejszej w Tokio. Do głównej bramy prowadzi deptak z wieloma straganami, gdzie można kupić drobne upominki. Wszechobecne są oczywiście koty Maneki-neko – od małych do dużych, przez porcelanowe do takich ruszających się pod wpływem promieni słonecznych. Ludzi oczywiście mnóstwo. Dla mnie najciekawszym punktem świątyni była czterokondygnacyjna pagoda – niestety znajdowała się za ogrodzeniem, więc nie można jej było podziwiać w całej okazałości.

Z Sensō-ji udałam się na spacer w kierunku wieży Skytree. Część mojej trasy prowadziła po bardzo zadbanym nabrzeżu – na dłuższy pobyt warto zabrać buty do biegania.

Przy Skytree, w restauracyjce Pepper Lunch, urocza staruszka podała mi steka na żarzącej się patelni i instruowała, jak smażyć i jak się przy tym nie dać opryskać tłuszczem.

Co do samego Skytree, zdecydowałam się na wjazd jedynie na pierwszy poziom – 350 m, ponieważ było dosyć pochmurno, a opinie innych wskazywały, że w taką pogodę wjazd na taras na 450 metrach może się okazać stratą pieniędzy. W pierwszej kolejności udałam się do kas Fast Skytree Tickets, gdzie przy wyższej cenie można uniknąć długich kolejek, czy też konieczności wcześniejszej rezerwacji. Pani przy kasie jednak oznajmiła mi, że dziś długo się nie czeka i żebym jednak udała się do zwykłych kas. Miło z jej strony. Tak oto zamiast ¥3.200 zapłaciłam jedyne ¥2.300.

Ponieważ po moim wyjściu ze Skytree robiło się już ciemno, udałam się metrem do hotelu. W pokoju było niesamowicie ciepło, co trochę mnie zaskoczyło. Z tego co czytałam, raczej nastawiałam się na spanie w ciepłych długich spodniach i bluzie. Nawet deska klozetowa była podgrzewana.

Z okazji rozpoczynającego się Roku Szczura, na śniadaniu w hotelu serwowano kształtne słodkie bułeczki. Słodycze w Japonii to generalnie małe dzieła sztuki.

Po śniadaniu ruszyłam realizować plan zwiedzania. Zaczęłam od Tsukiji, gdzie na targu można zjeść super śniadanko. Po drodze ze stacji metra mijałam Tsukiji Hongan-ji – zromanizowaną świątynię buddyjską.

Kolejnym punktem na liście były ogrody Hama-rikyu, należące niegdyś do shoguna Tokugawy. W ogrodach można zobaczyć między innymi 300-letnią sosnę, zmyślne miejsca do polowań na kaczki oraz stawy zasilane wodą morską, których poziom uzależniony jest od pływów. Bilet do ogrodów kosztuje ¥500. Na wiosnę na pewno są bardziej okazałe.

Z ogrodów widoczna jest Wieża Tokijska. Wygląda właściwie jak Wieże Eiffla pomalowana w kolorach flagi japońskiej. Wjazd na pierwszy poziom znajdujący się na poziomie 150 metrów to koszt ¥1.200.

Na zdjęciu z widokiem z wieży Rainbow Bridge, o którym później.

Z Wieży Tokijskiej udałam się do Meiji Jingu – świątyni poświęconej cesarzowi Meiji. Świątynia ogrodzona jest ogromnym parkiem z szerokimi alejkami. W ciepły dzień warto spędzić tam więcej czasu i nacieszyć się jego urokami. Na ostatnim zdjęciu beczki sake owinięte słomą, ofiarowane, by oddać cześć cesarzowi Meiji i jego cesarzowej – Shoken.

Ze świątyni przespacerowałam się do centrum dzielnicy Shibuya, ze słynnym skrzyżowaniem. Taki tokijski Times Square. Z mijanych ekranów śpiewała Avril Lavigne i lokalne gwiazdy. Na samym skrzyżowaniu zaczepił mnie młody YouTuber, prowadzący kanał o tym, jak nie-Azjaci jedzą japońskie potrawy. Oczywiście nie miałam w planie zostać pośmiewiskiem Internetu. Nieszczególnie go to zdziwiło, pewnie musi się sporo nachodzić zanim znajdzie znajdzie kogoś chętnego się poświęcić za miskę ramenu.

Przeciskanie się między ludźmi w tej zatłoczonej dzielnicy szybko mi się znudziło. Po zjedzeniu ramenu, za który musiałam zapłacić w automacie na zewnątrz knajpki (chwilę zajęło mi ogarnięcie, o co chodzi), wsiadłam znów do metra i pojechałam oglądać Ogrody Cesarskie. Nie miałam niestety szczęścia, gdyż ze względu na intronizację nowego cesarza cześć ogrodów dostępna do zwiedzania była zamknięta. Obeszłam zatem to co obejść się dało, obejrzałam zmianę warty i zastanawiałam się, co dalej.

Niedługo miało zacząć robić się ciemno, więc pomyślałam o jakimś muzeum. Najwiecej muzeum znajduje się w okolicy parku Ueno, w tym Narodowe Muzeum Tokijskie.

Znów nie miałam szczęścia, albo raczej przegapiłam fakt, że to przecież był poniedziałek. Muzea w poniedziałki są w Tokio zamknięte. Pocałowałem więc klamkę i przespacerowałam się przez park Ueno w kierunku srebrnej linii metra. Park z resztą okazał się bardzo ciekawy.

Następnego dnia już o 14:00 byłam wolna. Niestety strasznie lało. Wróciłam więc do Narodowego Muzeum Tokijskiego. Gdy kupowałam bilet była godzina 15:00. Zdecydowałam się na bilet z wystawą czasową w cenie ¥1.300. Nie było to mądre posunięcie – muzeum jest ogromne, a wystawy super ciekawe. Do zamknięcia pozostały mi tylko dwie godziny, musiałam zatem praktycznie przebiec przez ekspozycje.

W czasie tej bieganiny w oko wpadła mi pewna figurka, którą widziałam na kanale H2, gdzie większość filmów „dokumentalnych” dotyczy kosmitów. Czy jak to mawia narrator – starożytnych austronautów. Według teorii o starożytnych austronautach, figurka ta przedstawia kosmitę w kosmicznym skafandrze, który wylądował na ziemi wieki temu. Postać ta zwie się dogū i ma sprzyjać płodności. Ich dziwne oczy to ponoć specyficzne gogle, które miały chronić przed śniegiem pewne japońskie plemiona. Cóż… każdy widzi to co chce. Pin w kształcie dogū oczywiście wisi już na plecaku.

Po obfitych deszczach dnia poprzedniego, w środę pogoda była cudowna. Po spotkaniach pojechałam zatem zobaczyć dwa ostatnie punkty z listy „must-do-in-Tokyo”. Pierwszym były groby 47 roninów. Tu znów nie miałam szczęścia, bo na terenie Sengaku-ji akurat odbywały się targi. Ale groby roninów można było zobaczyć.

W okolicach zmierzchu pojechałam na Odaiba Beach, skąd jest najlepszy widok na Tęczowy Most. W okolicy spędziłam około 2 godziny, jednak na tęczowo się nie zaświecił. Najwyraźniej błędnie udałam się tam w przekonaniu, że most podświetlany jest w kolorach tęczy codziennie. I nie byłam jedyna. Kręciło się tam pełno ludzi, wielu z nich z aparatami na statywach. Również wyglądali na zniecierpliwionych. Most i tak wyglądał pięknie.

W czwartek miałam samolot powrotny, więc po śniadaniu skierowałam się na lotnisko. Ponownie wybrałam wspomniany wcześniej Monorail.

Na lotnisku zwróciłam kartę PASMO i modem. 5 dni korzystania z internetu kosztowało mnie około 200 zł. Później pokręciłam się trochę po tarasie widokowym – gratka dla spotterów. Po odprawie chciałam jeszcze kupić kilka upominków, ale wyboru dużego nie było. Kupienie większości pamiątek przy Sensō-ji okazało się dobrym rozwiązaniem.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s