SPACER W KORONACH DRZEW, czyli Lackowa, Mogielica i trekking wokół Krynicy (KGP #14, 20)

Tydzień przed naszym zaplanowanym przyjazdem do Krynicy-Zdroju, powiat nowosądecki został zakwalifikowany jako strefa czerwona (powyżej 12 zakażeń Covid-19 na 10000). Trochę się wahaliśmy, ale z drugiej strony w Szczyrku też przebywaliśmy w okresie obowiązkowego noszenia maseczek w przestrzeni publicznej. Może przynajmniej będzie mniej ludzi, pomyśleliśmy.

Do Krynicy przyjechaliśmy w czwartek późnym popołudniem i od razu udaliśmy się na nową wieżę widokową. Było to nasze drugie podejście – za pierwszym razem, zahaczając o Krynicę i Radziejową w drodze powrotnej z Bieszczadów, trafiliśmy na straszną mgłę. Ale drewniane filary wieży nawet we mgle robiły niezłe wrażenie. Za drugim razem nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszej pogody. Ludzi była raptem garstka, ale był to w końcu środek tygodnia. Gdy przechodzilismy tamtędy w sobotę, pod wieżą kręciły się już tłumy.

Wieżę postawiono w okolicy kompleksu narciarskiego Słotwiny. Pod samą wieżę można wjechać nowoczesnym wyciągiem kanapowym, albo przespacerować się z parkingu pod wyciągiem – niecałe 2 km w jedną stronę. Dojść również można żółtym lub niebieskim szlakiem z centrum Krynicy.

Wejście na wieżę reklamowane jest jako „spacer w koronach drzew” i faktycznie tym właśnie jest. Ta drewniana konstrukcja robi z oddali niesamowite wrażenie. Podczas przejścia interaktywne tablice informują o okolicznej przyrodzie i historii Łemków, co pewnie najbardziej zainteresuje spacerowiczów z dziećmi. Z wieży zjechać można 60-cio metrową zjeżdżalnią, niestety ta z tytułu pandemii była nieczynna.

Będąc w okolicy, zdecydowanie warto się tu wybrać, chociaż trzeba się liczyć ze sporym kosztem. Wejście dla 4-ro osobowej rodziny wraze z wjazdem i zjazdem kolejką to 199 zł. Pojedyncze wejście dla dorosłego decydującego się na spacer pod wieżę to 49 zł.

Po spacerze w koronach drzew, wrzuciliśmy nasze bagaże do wynajętego na Airbnb apartamentu (miał drobne niedociągnięcia, ale znajduje się bardzo blisko deptaku, przy szlakach czerwonym, niebieskim i zółtym, więc ogólnie godny polecenia) i wybraliśmy się na spacer przez uzdrowisko. Okolice głównego deptaku są w remoncie, ale efekt prac jest widoczny – piękne drewniane domki, grające fontanny, ławeczki. Naprawdę przyjemnie się tamtędy spaceruje.

Próbowaliśmy zjeść w jednej z najsłynniejszych restauracji w okolicy – Karczmie Łemkowskiej, jednak kolejka nie zachęcała do pozostania na niewielką kolację, którą planowaliśmy. Podobno jednak jedzenie jest tam pyszne.

Następnego dnia (piątek) w planie było zdobycie góry Lackowej, zaliczanej do Korony Gór Polski – zaplanowaliśmy okrężną trasę z Wysowej-Zdroju. Samochód zostawiliśmy na parkingu przy ulicy na wprost cerkwii i ruszyliśmy zielonym szlakiem – początkowo asfaktową drogą, która później przechodziła w drogę szutrową, aż w końcu weszliśmy do lasu. Szlak nie jest idealnie oznakowany, trzeba być uważnym.

Po dojściu do granicy słowackiej, odbiliśmy w prawo na szlak czerwony i jego trzymaliśmy się do szczytu Lackowej. Po zdrodze zaliczyliśmy dosyć strome zejście i zaraz później dosyć strome podejście na szczyt. Tu też zaczęliśmy napotykać innych wędrowców, ale generalnie osób na naszej trasie nie było wiele.

Skrzyneczka z pieczątką KGP jest w opłakanym stanie – wieko trzyma przewiązana wstążka. Na poduszkę z tuszem musieliśmy nalać kilka kropel wody, aby go trochę „pobudzić” i móc przybić stempelki do książeczek.

Gdy odpoczywaliśmy na szczycie, z przeciwnej strony szlaku wchodziły osoby komentujące tamto podejście jako „masakrę”. Jeden z wędrowców stwierdził nawet, że podejście jest cięższe niż na Rysy…

Nam w tamtą stronę nie było po drodze, więc nie komentując, wróciliśmy się po swoich śladach około 2,5 km na rozejście szlaku czerwonego i żółtego, i odbiliśmy w lewo w kierunku Ostrego Wierchu.

Z rozdroża drogę kontynuowaliśmy żółtym szlakiem, zdecydowanie przystępniejszym niż ten czerwonym ze stromymi zejściami i podejściami. Tak doszliśmy do miejsca, gdzie szlak żółty ponownie łączy się z czerwonym, i tak dotarliśmy do miejscowości Ropki.

Stąd już do końca spacerowaliśmy szlakiem niebieskim – początkowo szutrową drogą przez wieś, następnie asfaltem – około 3 km do miejsca, gdzie zaparkowaliśmy.

Łącznie trasa wyniosła 21,36 km, w czasie których pokonaliśmy 984 m przewyższeń.

W drodze powrotnej do Krynicy zatrzymalismy się na obiad w restauracji Cichy Kącik przy ul. Sądeckiej. Zamówiliśmy półmisek grillowanych smakołyków. Było tam kilka przepysznych pierożków – chyba najlepszych, jakie kiedykolwiek jadłam. Od razu wiedziałam, gdzie i co będę jadła na obiad dnia następnego.

Na sobotę mieliśmy zaplanowany trekking wokół Krynicy. Rozpoczęliśmy na połączeniu szlaku żółtego i niebieskiego. Chwilę biegną one przez Krynickie osiedla, ale zaraz odbijają stromo w górę, na wąską ściężkę, wzdłuż ogrodzenia czegoś, co wyglądało na ogródki działkowe.

Szlaki na chwilę rozdzielają się, na rozejścu zdecydowaliśmy się na szlak żółty – nieco dłuższy i z większymi przewyższeniami, ale za to biegnący przez Górę Krzyżową. Okazało się, że biegnie tamtędy „esktremalna drogą krzyżowa” – tak przynajmniej twierdziła tabliczka na jednym z drzew.

Zgodnie z przewidywaniami, na szczycie Góry Krzyżowej stoi krzyż. Jest to też górna stacja wyciągu narciarskiego.

Ruszyliśmy dalej żółtym szlakiem aż do miejsca, gdzie zbiega się on z powrotem ze szlakiem niebieskim – na Przełęczy Krzyżowej. Ponownie szliśmy łączeniem szlaków, które doprowadziło nas na znaną trasę do wieży widokowej. Minęliśmy wejście na wieżę, chwilę szliśmy po ścieżce wysypanej kamyczkami, minęliśmy stację kolejnego wyciągu i dalej leśną ścieżką, aż dotarliśmy do rozejścia. Tym razem odbiliśmy na szlak niebieski, który prowadził nas dalej przez piękny las.

3,5 km dalej, na Rozdrożu Czubakowskim, odbiliśmy w lewo na szlak czerwony, prowadzący na Jaworzynę Krynicką. My nie wchodziliśmy na szczyt, wcześniej odbilismy w lewo na szlak zielony w kierunku schroniska.

Po dłuższej przerwie, ruszyliśmy schodami w dół za ścieżką przyrodniczą, szlakiem zielonym. Był to najladniejszy odcinek szlaku, miejscami dosyć wąski, ale za to z piękną roślinnością. Co jakiś czas, szlak przebiegał przez stok narciarski, jeden z odcinków schodzi nawet dosyć stromo wzdłuż stoku.

Szlak doprowadził nas do dolnej stacji kolejki gondolowej na Jaworzynę Krynicką. Tam przeszliśmy na drugą stronę drogi i tym samym szlakiem ruszyliśmy pod górę do Przełęczy Krzyżowej. Odnaleźliśmy zielony znaczek i tak doszliśmy do asfaltowej drogi, biegnącej przez osiedla, aż do centrum Krynicy.

Cała trasa wyniosła 19,2 km i 828 m przewyższeń.

Po trekkingu ponownie wybraliśmy się na obiad do Cichego Kącika na pyszne pierogi i placek ziemniaczany, a po obiedzie do Muszyny-Zdroju. Kiedyś przejeżdżaliśmy przez tą miejscowość i bardzo na się spodobała, wydawała się więc dobrym pomysłem na spacer, w przeciwieństwie do weekendowo zatłoczonej Krynicy. Okazało się, że o godzinie 18 Muszyna nie ma wiele do zaproponowania. Największa, zdaje się, atrakcja Muszyny – Ogrody Biblijne, zamykane są właśnie o 18. Weszliśmy tam o 17:58, a o 18:03 już nas wypraszano. W ogrodach oglądać można abstrakcyjne interpretacje wersetów z Biblii.

Wieczorem kręciliśmy się jeszcze po Krynicy. Tak znaleźliśmy kolejkę na Górę Parkową, kursująca do godziny 20:00. Była już godzina 19:15, ale zdecydowaliśmy się skorzystać. Na górę oczywiście można wejść i zejść samemu, nie przepuścilabym jednak przejażdżki funikularem. W czasie jazdy można posłuchać o historii Góry Parkowej, na szczycie natomiast znajduje się wiele atrakcji, głównie dla najmłodszych. Trasy w parku linowy wyglądały imponująco, niestety były już zamknięte. Z góry jest oczywiście piękny widok na okoliczne pasma górskie – wydaje mi się, że nawet ładniejszy niż z wieży widokowej.

Zrobiliśmy sobie jeszcze zdjęcie w fotobudce, a po zjechaniu na dół przeszliśmy się do niewielkiego parku Słotwińskiego, za to bardzo uroczego. Było już niestety ciemno, więc resztę wieczoru spędzilismy przy deptaku.

W niedzielę rano szybko zebraliśmy się do wyjazdu, w planie było bowiem zdobycie Mogielicy – najwyższego szczytu Beskidu Wyspowego. Nastawiliśmy więc nawigację na miejscowość Jurków, skąd na szczyt mieliśmy wejść niebieskim szlakiem. Jak ogromne było nasze rozczarowanie, gdy okazało się, że Google pokierowało nas do niewłaściwego Jurkowa… Zamiast w powiecie limanowskim, znaleźliśmy się w brzeskim. Nie nadrobiliśmy jednak zbyt wiele, do właściwego Jurkowa dojechaliśmy około 20 minut później niż planowaliśmy.

Samochód zostawiliśmy na parkingu przy niebieskim szlaku, w pobliżu Zajazdu Mogielica – oznaczony był jako ogólnodostępny. Szlak początkowo prowadził miedzy domami, aż odbił w lewo pod górę, na szutrową drogę przez las.

Podejścia były dosyć strome – mieliśmy w końcu zrobić 670 m do góry na trasie 5 km. Na tym odcinku spotkaliśmy jedynie kilka osób, zaskoczył nas więc tłum na szczycie. Wieża widkowa, która się tam znajduje, jest w remoncie i nie wolno na nią wchodzić, jednak ostrzeżenie to było przez większość osób (w tym rodziców z dziećmi) ignorowane.

Na trawce zjedliśmy drugie śniadanie, zrobiliśmy sobie zdjęcie z tabliczką, pomarudziliśmy chwilę, że ktoś ukradł pieczątkę, i ruszyliśmy dalej, połączeniem szlaków żółtego i niebieskiego. Większość osób najwyraźniech wchodzi od tej strony. Szlak doprowadził nas do Polany Stomorgi, skąd rozciąga się przepiękny widok. Byłoby to znacznie lepsze miejsce na drugie śniadanie, ale to już innym razem.

Chwilę szliśmy odsłoniętym szlakiem podziwiając widoki, wkrótce weszliśmy z powrotem do lasu. Zeszliśmy w dół do Przełęczy pod Małym Krzystonowem, gdzie szlak żółty i niebieski rozchodzą się. My poszliśmy żółtym na wprost, tym razem pod górę, aż do skrzyżowania ze szlakiem zielonym. Odbiliśmy tu w prawo i aż do miejscowości Półrzeczki trzymaliśmy się szlaku zielonego. Jeśli mam być szczera, ten fragment nie należał on do najciekawszych.

Z Półrzeczek nie ma wyznaczonego szlaku do Jurkowa, resztę trasy pokonaliśmy zatem asfaltem. Cała trasa wyniosła 15,6 km, na którym to dystansie pokonaliśmy 806 m przewyższeń. Przed odjazem zapytaliśmy o pieczątki do książeczek KGP w Zajeździe Mogelica – personel jest najwyraźniej przyzwyczajony do takich próśb, pieczątki dostaliśmy bez problemu, pomimo oczekiwanych „poprawin”. Ze stempelkami w książeczkach ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s